Warszawa - Glasgow

Wtorek , 20.10.2015r. – w podróży.

 

Dzisiejszy dzień rozpoczął się bardzo wcześnie, około czwartej rano. Pakowanie do autokarów o godzinie 4.45, po sprawdzeniu czy ktoś nie zgubił się w COSie , o 5.00 ruszyliśmy do Warszawy. Podróż przebiegała spokojnie, większość „ wojska” spała odrabiając nocne zaległości. Po dotarciu na Okęcie, spotkaliśmy się z Joanną Lipą, wcześniej dołączył do nas Roman Lewicki. Trzeci arbiter, Gabriel Bednarczyk dotrze do Szkocji w środę.

Wracam na lotnisko, Joanna przekazała nam dokumenty podróży i ruszyliśmy do odprawy bagażowej. Po odprawie nastąpił miły moment wypłaty diet zawodnikom. W Szkocji mamy tylko jeden posiłek, śniadanie więc dieta jest niezbędna by samodzielnie uzupełnić utracone podczas rywalizacji kalorie. Następnie przejście przez kontrolę bezpieczeństwa i dotarcie do strefy odlotów. Wtedy kadra miała chwilę czasu dla siebie.

Sam lot przebiegał w spokoju. Po lądowaniu i odebraniu bagaży, okazało się, że trzy sztuki były lekko uszkodzone. W trakcie, kiedy trzech pechowców załatwiło formalności dotyczące zgłaszania szkody, pozostali ruszyli do dwóch autokarów podstawionych przez organizatora. Po powrocie poszkodowanych i przeliczeniu stanu osobowego, ruszyliśmy do hotelu. Jak się okazało po chwili na wstępie podróży, przez okna pojazdu zobaczyliśmy, że przed wejściem na lotnisko kręci się postać w dziwnie znajomym czerwonym dresie. Był to pozostawiony na posterunku, obserwator, którego zadaniem było dopilnowanie by wszyscy wychodzący z lotniska trafili do miejsca gdzie czekały na nas autobusy. Nasz człowiek niczym, samotny żołnierz, który osłania odwrót kolegów z pola walki, niezachwianie stał na posterunku jaki mu wyznaczono. Nie było rozkazu do odwrotu, więc niezłomnie trwał. Jednak my nie zostawiamy naszych na polu walki. Na ratunek wróciły oba autokary. Wysłany łącznik z rozkazem dotarł do pełniącego służbę kolegi i razem wycofali się do stojących z włączonymi silnikami pojazdów. Po tym już bez przeszkód dotarliśmy do hotelu Holiday Inn Express.

Po południu o godzinie 18.00 odbyła się odprawa. Po odprawie grupa trzymająca władzę (czytaj trenerzy), ruszała do supermarketu po soki i wodę. Co prawda wcześniej informacji o kierunku w jakim mamy się udać do sklepu, udzieliły nam nasze zawodniczki. Ale wizyta głównego organizatora i gospodarza imprezy skłoniła nas do skorzystania z pomocy tubylca. Po uzgodnieniu marszruty, ruszaliśmy dziarskim krokiem myśląc z radością o towarach jakie na nas czekają. Trasa wiodła brzegiem jeziora z dala od miasta i zabudowań. Po pierwszych trzech kilometrach zaczęliśmy mieć drobne wątpliwości czy nasz informator nie popełnił błędu. Po pokonaniu kolejnych dwóch postanowiliśmy skierować się w stronę autostrady, gdyż sądziliśmy, że tam jest jakaś cywilizacja. Po kolejnym kilometrze znaleźliśmy się wśród budynków, gdzie po dłuższej chwili odkryliśmy nasz upragniony sklep.

Po zakupach, ruszyliśmy w drogę powrotną. Zaczął padać deszcz, wiatr wiał nam w oczy a soki i woda ciążyły utrudniając powrót do miejsca zakwaterowania. Powtarzając sobie słowa „kto nie maszeruje ten ginie”, wspierając się GPS-em, czasem dobrym słowem ale częściej złośliwym dowcipem dotarliśmy do Hotelu, Nikt podczas wyczerpującego marszu nie porzucił zakupów, z takim trudem zdobytych. Wszyscy uczestnicy eskapady, jednogłośnie stwierdzili, że limit wycieczek pieszych podczas ME w Szkocji został wyczerpany.